Archive for the ‘Archiwa z Z?ba Czasu’ Category

Podaruj procent

Tuesday, January 30th, 2007


Przekazując jeden procent podatku, każdy może wesprzeć działania charytatywne, edukacyjne, sportowe, kulturalne, pomocy i opieki społecznej… Wczoraj zachęcali do tego m.in urzędnicy magistratu, skarbówki i poczty. Zapewniali, że całej procedury nie trzeba się bać.

- Kwota jednego procentu podatku może wydawać się znikoma – mówi prezydent Tadeusz Truskolaski. – Ale jeśli zdecydują się przekazać ją dziesiątki tysięcy osób, będą to ogromne sumy.

Wybierz organizację

I rzeczywiście, przekazanie jednego procentu podatku nie jest trudne. Po pierwsze, należy wybrać organizację, na rzecz której chcemy dokonać wpłaty. Ich wykaz można znaleźć m.in. na stronach internetowych urzędów skarbowych, czy na stronie www.pozytek.ngo.pl lub bazy.ngo.pl/opp. Informacje o organizacjach można też uzyskać, dzwoniąc do Centrum Współpracy Organizacji Pozarządowych, pod numer: 085 732-82-20, w godz. 10-16.

Następnie trzeba obliczyć, ile wynosi jeden procent z naszego podatku.

Poczta, bank, Internet

I taką kwotę trzeba wpłacić na konto wybranej organizacji. Po prostu należy iść do banku lub na pocztę i dokonać przelewu. Na dowodzie wpłaty powinny znaleźć się następujące informacje: imię i nazwisko wpłacającego, kwota, jaką wpłaca oraz nazwa organizacji.

Wpisz w PIT

Następnie w PIT, w części “Obliczenia zobowiązania podatkowego” należy znaleźć rubrykę “Kwota 1 procentu zmniejszenia z tytułu wpłaty na rzecz organizacji pożytku publicznego” i tu wpisać kwotę, którą wpłaciliśmy. Dowód wpłaty trzeba zachować.

Autor artykułu: Marta Romańczuk

Czy Jagiellonia jest młodsza?

Friday, January 26th, 2007


Nie ma zgodności co do daty utworzenia najsłynniejszego klubu w Białymstoku. Do tej pory wśród kibiców funkcjonowała teoria, że żółto-czerwoni powstali w 1927 roku. Górko jest innego zdania.

- O tym, jak to z Jagiellonią było, bez problemu możemy dowiedzieć się z lektury przedwojennej prasy – uważa białostocki historyk sportu.

W “Nowym Echu Białostockim” w artykule “Kilka uwag – Pan Wojewoda interesuje się sportem” czytamy: …”dzień 27 stycznia 1932 roku staje się datą przełomową w sporcie białostockim. W tym bowiem dniu odbyło się zwołane przez pana Wojewodę zebranie, na którym czterdziestu pięciu przedstawicieli społeczeństwa utworzyło klub sportowy ze wszystkimi gałęziami sportu. Klub otrzymał nazwę “Białostocki Klub Sportowy – Jagiellonja”. Prezesem honorowym został wybrany pan Wojewoda…”

Z artykułu jasno wynika, że Jaga powstała 27 stycznia 1932 roku.

- Stało się tak w wyniku połączenia dwóch dotychczas istniejących w Białymstoku najlepszych stowarzyszeń sportowych: Wojskowego Klubu Sportowego (WKS) 42. Pułku Piechoty i Klubu Sportowego Związku Młodzieży Wiejskiej ((ZMW). Ideą powstania Jagiellonii było stworzenie w mieście jednego silnego klubu, skupiającego cały potencjał miasta, rozproszony w różnych stowarzyszeniach – twierdzi Górko.

Zarówno WKS, jak i ZMW przed połączeniem miały na swoim koncie wiele cennych sukcesów sportowych. Wojskowi mogli się pochwalić lekkoatletą Julianem Strzałkowskim, który był czołowym biegaczem na średnich dystansach.

ZWM dysponowało silną sekcją lekkoatletyczną. Pierwsze sukcesy odnosił w niej późniejszy olimpijczyk, trójskoczek – Edward Luckhaus.

Górko ma jeszcze teorię dotyczącą rodowodu Jagi.

- Można przyjąć tezę, że sięga on 1920 roku, czyli daty utworzenia WKS42. PP. Jagiellonia nie powstała z niczego, jej potencjał sportowy opierał się o istniejące sekcje WKS i ZMW, co daje podstawy do takich wniosków – podkreśla historyk.

Jerzy Górko pisze książkę o przedwojennej historii Jagiellonii. Wszystkich, którzy mogą mu pomóc w uzupełnieniu materiałów, prosi o kontakt pod adresem e-mailowym: jerzyk63@poczta.onet.pl.

Autor artykułu: Sylwia Kowalczyk

Piękne zakończenie kariery Siudków

Friday, January 26th, 2007


Polacy do muzyki Fryderyka Chopina pojechali jeden z najlepszych programów dowolnych w swojej karierze. Niemal bezbłędnie wykonali najtrudniejsze elementy i obronili trzecią pozycję, którą zajmowali po programie krótkim. Tym medalem pożegnali się z polskimi kibicami, bo po marcowych mistrzostwach świata zamierzają zakończyć karierę.

- Gdybyśmy to zaplanowali, na pewno by się nie udało. To piękne zakończenie naszej kariery. Polska publiczność jest wspaniała, jechaliśmy niesieni jej dopingiem – stwierdził Mariusz Siudek.

- Nasze marzenia spełniły się. To będzie chyba nasz najcenniejszy medal, bo wywalczony przed polską publicznością i dla niej. Na pewno będzie wisiał na honorowym miejscu – powiedziała Dorota Siudek.

Rywalizację par sportowych wygrali Niemcy Aliona Savchenko i Robin Szolkowy. Wicemistrzami Europy zostali Rosjanie Maria Pietrowa i Aleksiej Tichonow.

Autor artykułu: (pap, sk)

W jedną noc spłonął dom

Friday, January 26th, 2007


W pewnym momencie usłyszałem taki dźwięk, jakby zagrzała się woda w centralnym – przypomina Grzegorz Ostaszewski.

To płomienie zajmowały dom. Zniszczyły wszystko. Rodzina została bez dachu nad głową.

Tylko wózek wyciągnęli

Działo się to między godziną 20 a 21 w czwartkowy wieczór.

- W pewnej chwili wyjrzałem przez okno. Dach u sąsiadów był w płomieniach.Od razu zadzwoniłem po straż. I pobiegłem zobaczyć, co się dzieje. Z Grześkiem zdołaliśmy tylko wyciągnąć wózek małego z sieni – mówi Rafał Dakowicz, sąsiad z naprzeciwka.

Ocenia, że mogła zapalić się sadza w kominie. Bo ogień szedł od środka domu, czyli dokładnie od miejsca, w którym nad dachem wystawał komin…

Wrócą do Halickich

Agnieszka i Grzegorz Ostaszewscy razem z szesnastomiesięcznym Krystiankiem noc z czwartku na piątek spędzili u rodziny, która mieszka w okolicy. Zostaną tam przez kilka najbliższych dni. Potem wrócą do Halickich. Zamieszkają naprzeciwko swojej posesji, u sąsiada Rafała.

- Stawiam właśnie nowy dom, może nie będą mieli tam luksusów, ale trzeba im pomóc – uważa Rafał Dakowicz. – Przez te kilka dni pomaluję trochę w środku, żeby nie było tylko betonów.

Pomoże gmina

Jacek Lulewicz, burmistrz Zabłudowa, zapowiada, że będzie płacił za wynajęcie tego domu.

- Wpłaciliśmy już rodzinie Ostaszewskich na konto trzy tysiące złotych. Tak na początek – dodaje burmistrz. – Będzie też pomoc materialna z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, zorganizujemy zbiórkę pieniężną.

Zbiórkę zapowiada również sołtys Halickich.

- Będziemy zbierać, co się da, stracili przecież wszystko – zapowiada sołtys Grzegorz Korolczuk. – Trzeba będzie przyszykować chałupę do rozbiórki, potem ją odbudować. Mamy tu kawałek wspólnotowego lasu, będę chciał, żeby wyciąć choć kawałek na deski. Przydadzą się do odbudowy.

Dodaje, że poprosi również o pomoc sołtysów z sąsiedztwa. – Jak u nich była tragedia, to pomagaliśmy. Teraz i oni pewnie nam nie odmówią.Porozmawiam z księdzem. Na pewno nie zostawimy ich samych.

Gasili do pierwszej

W gaszeniu pożaru brało udział aż 19 strażaków.

- Dziesięciu zawodowych z Białegostoku wspomagało dziewięciu ochotników z Zabłudowa – mówi dyżurny Państwowej Straży Pożarnej. – Zgłoszenie wpłynęło do nas o godz. 20.32.

I – jak przyznają sąsiedzi – straż była na miejscu błyskawicznie.

- Ostatnie jednostki zjechały do bazy tuż przed pierwszą. Straty wyceniliśmy wstępnie na 120 tysięcy złotych – dodaje dyżurny.

Strażacy pytani, czy powodem pożaru rzeczywiście mogła być sadza zalegająca w kominie, odpowiadają, że jest zbyt wcześnie, by wyciągać takie wnioski. Sprawę mają dokładnie zbadać policjanci.

Autor artykułu: Andrzej Kłopotowski

Sieć za milion

Tuesday, January 23rd, 2007


Ponad 3,7 tysięcy złotych brutto – takie miesięczne pensje będą otrzymywać członkowie podlaskiej rady do spraw szpitali. To oni zdecydują, które placówki w regionie muszą istnieć, a które powinny zostać zamknięte bądź zamienione, np. w zakłady opiekuńczo-lecznicze. Rada ma liczyć 11 lub 13 członków (w jej skład wejdą wojewoda, marszałek i po dwie osoby z NFZ, powiatów, akademii medycznej).Budżet ma opiewać na milion złotych rocznie.

- To jakiś absurd. Nie ma jeszcze żadnych kryteriów, które jasno mówiłyby który szpital wejdzie do sieci, a minister zdrowia już chce rozdawać posady – ocenia Eugeniusz Muszyc, przewodniczący Podlaskiej Federacji Związków Zawodowych Pracowników Ochrony Zdrowia.

Kto powie to ludziom?

Projekt ustawy o sieci szpitali publicznych, który przygotował minister zdrowia właśnie trafił do konsultacji. Ale opozycja już zapowiada, że go nie poprze: – Miało być tak, że to pacjenci, którzy mają prawo wyboru miejsca leczenia, decydują o tym, który szpital jest potrzebny – mówi Józef Klim, poseł z ramienia PO

Milion złotych to kwota, jaka wystarczy na półroczne funkcjonowanie małego szpitala. Czy warto wydawać ją na instytucję, która ma udowodnić, że nie jest on potrzebny?

Marek Chojnowski, szef szpitala w Sokółce: – Gdyby ta instytucja naprawdę coś zmieniła… A prawda jest taka, że już parę lat temu Podlasie zamówiło kosztowną analizę dotyczącą szpitali. A że nie wszystkim się ona podobała, zamówiono drugą. W efekcie obie trafiły do urzędniczych szuflad.

- Bo żaden polityk nie powie mieszkańcom małego miasteczka, że trzeba zlikwidować ich szpital – dodaje Eugeniusz Muszyc.

Dać dużym, zabrać małym

Ale profesor Lech Chyczewski, rzecznik Akademii Medycznej w Białymstoku, (która jest właścicielem dwóch dużych szpitali klinicznych) jest innego zdania: – Myślę, że warto ponieść wydatek, żeby w końcu zrobić porządek ze szpitalami, którego z ekonomicznego punktu widzenia nie mają racji bytu, takimi jak np. gruźliczy czy miejski w Białymstoku. To właśnie dlatego pieniądze na leczenie się rozpraszają.

Autor artykułu: Anna Łubian

Cudowny denat

Tuesday, January 23rd, 2007


Pomysł, by głównym bohaterem powieści uczynić nieboszczyka jest intrygujący, choć nie całkiem nowy. Ignacy Karpowicz idzie jeszcze dalej – młodego, przystojnego denata czyni obiektem westchnień i marzeń erotycznych co najmniej dwóch kobiet. Na dodatek młodych i atrakcyjnych. Obie czują się zakochane bez pamięci w umarlaku – jedna postanawia zajść z nim w ciążę… Wygląda to mocno perwersyjnie, ale nie jest. “Cud” to książka pogodna, napisana z humorem, traktująca ludzi i ich problemy ze zrozumieniem, choć nie bez ironii.

Czerwcowa śnieżyca

Wspomniany wcześniej nieboszczyk nazywa się Mikołaj Tarasewicz. Jest stąd, konkretnie z Gródka. Już od urodzenia jego życiu towarzyszyły liczne znaki na niebie i ziemi (głównie na niebie). Po śmierci zaczyna czynić cuda, a dokładnie cuda czynią się wokół niego.

Jedna kobieta zachodzi z nim w ciążę, choć kocha się z żywym mężczyzną. Inna kobieta odkrywa, że choć kocha Mikołaja, to tak naprawdę zawsze lubiła tylko kobiety. Kolejna kobieta odchodzi od męża. Matka Mikołaja wraca do życia, a babka odzyskuje przeszłość i wspomnienia.

Jak by tego było mało, popularny tabloid staje się nośnikiem Słowa, pewien biskup postanawia wytrwać w abstynencji, pewien pijak widzi anioły, a nad całą Polską rozpętała się wielka śnieżyca – w czerwcu.

Tylko miłość

Tytuł książki odnosi się wprost do pośmiertnej kondycji Mikołaja. Zamiast poddać się zwyczajnym w takich okolicznościach procesom rozkładu, nieboszczyk zaczął pięknie pachnieć i był ciągle ciepły, choć nie oddychał, a jego serce nie biło.

Jednak o wiele ważniejszym cudem, zdaje się mówić Karpowicz, jest miłość. Traktowana wprost, bez uprzedzeń, bez pruderii. Jest człowiekowi tak do życia potrzebna jak powietrze. Jednak czasami trzeba cudownej pomocy ciepłego denata, by uczucie mogło się urzeczywistnić, by przeznaczone sobie istoty spotkały się, by odkryły prawdę o sobie.

Do tego właśnie potrzebne są cuda i święci. Bo we współczesnym świecie miłość jest równie rzadka, jak śnieg w czerwcu.

Prawie świetna powieść

Powieść Karpowicza jest kopalnią doskonałych, zabawnych, absurdalnych, czasem nawet demonicznych pomysłów. Można jednak odnieść wrażenie, że autor niepotrzebnie je zagaduje, zbytnią uwagę przykłada do stylizacji językowych, a nade wszystko nie potrafi wyrzec się błyskotliwych, zazwyczaj, skojarzeń i gier słownych. “Albowiem nie zawsze i nie pod każdą szerokością geografów dźwięczą nożyce po kułaku zderzonym z blatem stołu”. “Co za szczęście i przekleństwo. Na pewno nie zbieg okoliczności. Zbiegów się ujmuje, skazuje i wprowadza w obieg demokratycznego społeczeństwa za pomocą krat i gumowej pałki”. Prawda, że śliczne i głębokie? Z takich perełek trudno zrezygnować. A szkoda, bo bez nich “Cud” byłby chudszy o stron kilkadziesiąt, zwięźlejszy, jaśniejszy. Oczywiście tak ostra ingerencja niesie ryzyko utraty indywidualnego stylu… Ale daje nadzieję na literacki cud. A tak całość przypomina “ptaszka” na okładce – jest pomysł, jest humor i jest też odrobinę głupio…

Autor artykułu:
Jerzy Szerszunowicz

Dwa grzechy główne

Tuesday, January 23rd, 2007


Najsilniejszą bronią podlaskiego zespołu jest blok. Akademiczki zdecydowanie wyprzedzają pozostałe ekipy. Zaporą nie do przejścia jest Sylwia Pycia, pierwsza w indywidualnym rankingu.

- To nie jest niespodzianką. Spodziewaliśmy się tego po Sylwii, a ona doskonale wywiązuje się z powierzonych jej zadań. Środek to w tej chwili nasza najsilniejsza pozycja – zauważa Marian Kardas, szkoleniowiec akademiczek.

W czym tkwi problem?

Równie dobrze PRONAR ZETO ASTWA AZS prezentuje się na linii zagrywki. Dwie podopieczne Kardasa znajdują się na czele klasyfikacji. Pierwsza jest Marta Pluta, a tuż za nią Elena Hendzel. Drużynowo białostoczanki plasują się na trzeciej pozycji.

- Wszystko wydaje się takie piękne, ale to nie do końca prawda. Niestety, prawie zawsze jest tak, że po bardzo trudnych serwisach przychodzą zagrywki, które zupełnie nie wyrządzają krzywdy rywalkom. Pocieszające jest jednak to, że nie było jeszcze drużyny, która przynajmniej przez pewien czas nie miałaby z nią problemów – ocenia Kardas.

Beniaminek może pochwalić się także dobrą obroną. Nawet z najtrudniejszą piłką świetnie radzi sobie Magdalena Saad, pierwsza w rankingu. Drużynowo Podlasianki są drugie.

Dlaczego więc zespół, który w statystkach wybija się na tle pozostałych drużyn, jest tak nisko w tabeli?

- Okazuje się, że nie wszystko, co jest na papierze, ma przełożenie na wyniki drużyny. Trzeba zwrócić uwagę, że w dwóch elementach nasza ekipa spisuje się słabo i to ma bardzo duży wpływ na grę. Kuleje zwłaszcza przyjęcie. Niestety, nie udaje nam się przez cały mecz grać na wysokim procencie odbioru. Sporo tracimy także przez słabą skuteczność w ataku. Zbyt często wybronione piłki oddajemy praktycznie za darmo. Gdyby prowadzono wyliczenia, na pewno prowadzilibyśmy w tym niechlubnym elemencie – mówi Kardas.

Trener beniaminka nie jest zadowolony zwłaszcza z funkcjonowania lewego skrzydła.

- Za mało punktujemy po tej stronie boiska, są też problemy z przyjęciem. Jeśli zatrudnimy nową zawodniczkę to właśnie na tę pozycję. Musimy zrównoważyć siły drużyny, bo inaczej cały czas będziemy mieć problemy – stwierdza szkoleniowiec PRONAR ZETO ASTWA.

Idealna przemiana

Wysoko w statystykach jest atakująca podlaskiego zespołu – Hendzel. Jest to o tyle miła niespodzianka, że do tej pory Białorusinka występowała na pozycji środkowej.

- Trochę czasu zabrało przekonanie Eleny do tego miejsca na boisku, ale jak widać, czuje się na nim coraz lepiej. Atakuje na wysokim procencie, blokuje, a co cieszy najbardziej, w każdym meczu gra pewniej w obronie. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że nigdy nie miała zadań defensywnych, jej ocenia musi być wysoka – kończy Kardas.

Autor artykułu: Adam Gruberski

Mistrz w Operze

Sunday, January 21st, 2007


W wypełnionej po brzegi sali Blechacz zagrał etiudy fortepianowe Liszta, sonaty Haydna i oczywiście utwory Chopina. To właśnie Chopin – jak student bydgoskiej Akademii Muzycznej mówi sam o sobie – jest jednym z tych kompozytorów, których lubi grać najbardziej.

- Szczególnie jego koncerty fortepianowe – przyznaje Rafał Blechacz. Z prostego powodu – mistrz tworzył je będąc właśnie w wieku Blechacza.

Pierwsze kroki mistrza

Rafał swą edukację zaczynał w ognisku muzycznym w rodzinnym Nakle. Później wyjechał do szkoły muzycznej w Bydgoszczy.

- Zawsze lubiłem ćwiczyć. Ćwiczyć systematycznie – wspomina. – Zresztą zostało mi to do dziś.

Zawsze też chętnie gra w Nakle. Gdy tylko pojawia się w swej miejscowości, odwiedza kościół. Siada za organami. Gra Bacha albo po prostu do niedzielnej mszy świętej… Widać, że wygrana w konkursie nie zmieniła go, nie stracił niczego ze swojej młodzieńczości. Ma niespełna 22 lata.

Drzwi do kariery

Przed główną nagrodą w Konkursie Chopinowskim w 2005 roku pianista zdobył kilka laurów. W 2002 roku był drugi w bydgoskim konkursie “Artur Rubinstein in Memoriam”, rok później był drugi na V Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym w japońskim Hamamatsu. W 2004 roku stanął już na szczycie Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Maroku. Wkońcu nadszedł rok 2005.

- Do Konkursu Chopinowskiego nie podchodziłem jak do czegoś ostatecznego – wspomina. – Traktowałem go jak kolejny etap na mojej drodze muzycznej.

Zachowałem spokój, skupiałem się przede wszystkim na swoim programie.
I chyba to pozwoliło mu wygrać.Zdobycie lauru otworzyło mu drzwi do wielkiego świata.

- Występowałem już w większości sal na zachodzie Europy, miałem tournee po Japonii. To miłe, że mogę grać w najważniejszych salach świata.

Po konkursie pianista nawiązał również współpracę z Krystianem Zimermanem.

- Cieszę się, że mogę liczyć na jego pomoc przy planowaniu tras koncertowych. Podoba mi się jego podejście do koncertów; to, że skupia się na najważniejszych salach.

Mały Rafał za wielką klawiaturą

Ale pianista nie zapomina o melomanach w kraju. Blechacz występował już w salach w Lublinie, Rzeszowie, Częstochowie i Warszawie. To ostatnie miejsce darzy wielkim sentymentem.

- To tu wygrałem konkurs…

W piątek, w Filharmonii Podlaskiejodetchnął dopiero wtedy, gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki muzyki.

- Gdy gram, skupiam się na interpretacji; na tym, by jak najlepiej oddać emocje – wyjaśnia.

Plany, plany, plany…

W najbliższym czasie czeka go wizyta w Londynie oraz dwa wyjazdy do Niemiec. Ktoś może powiedzieć, że to niewiele, ale – jak sam zaznacza – nie zależy mu na tym, by wpaść w wir koncertowy.

Ale nie tylko Rafał “zwiedza” świat. Do jego rodzinnego Nakła wybierają się jego przyjaciele z Japonii. To właśnie w kraju kwitnącej wiśni – jako drugi Polak po Adamie Małyszu – Blechacz doczekał się fanklubu!

Muzyk cały czas wzbogaca swój repertuar, w końcu czeka go nagranie pierwszej z trzech płyt, na które podpisał kontrakt z niemiecką wytwórnią Deutsche Grammophon. Do sklepów powinna trafić już jesienią.

- Liczę też, że będziemy mogli w końcu popracować wspólnie z Krystianem Zimmermanem.

Autor artykułu:
Andrzej Kłopotowski

IRA: idealizm, który doprowadził do bratobójstwa

Sunday, January 21st, 2007


“Wiatr buszujący w jęczmieniu” przypomina, że kino nie jest tylko jarmarczną rozrywką, że nie ogranicza się wyłącznie do terytorium sztuki. Ken Loach od lat konsekwentnie robi filmy, w których najistotniejszy jest temat. W centrum najnowszego dzieła słynnego Brytyjczyka jest IRA – organizacja, która na dziesiątki lat stała się złą, powszechnie znaną wizytówką Irlandii.

Błędne koło wojny

Loach zaczyna swój film od niezwykle brutalnej sceny pacyfikacji. Brytyjscy żołdacy zakatowują młodego chłopaka tylko za to, że nie chciał powiedzieć po angielsku swego nazwiska. Królewscy żołnierze zachowują się z dzikim okrucieństwem. Irlandczyków traktują w sposób urągający wszelki zasadom. Opór wobec nich wydaje się oczywistością. Podobnie jak moralne prawo, by odpłacić im w sposób równie okrutny.

Pod wpływem tragicznego zajścia dwaj bracia, Damien (Cillian Murphy) i Teddy (Padraic Delaney), postanawiają przyłączyć się do Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Ich indywidualne historie posłużą Loachowi do pokazania, jak nieunikniona wojna, w równie nieunikniony sposób, przemieniła młodych idealistów w bez-względnych morderców. Loach opowiada o początkach jednej z najsłynniejszych organizacji terrorystycznych na świecie przez pryzmat indywidualnych, często tragicznych wyborów. W finale brat pokieruje egzekucją brata, a irlandzcy żołnierze dokonają najścia na ten sam dom, który znamy z początku filmu…

Spokojnie o okrucieństwie

“Wiatr buszujący w jęczmieniu” to film pokazujący okrucieństwo bez osłonek. Jednak ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że Loach chciał nas zaszokować, że usiłuje epatować przemocą, wykorzystywać ludzkie cierpienie instrumentalnie. Przeciwnie – film jest brutalny, przygnębiający, ale bezdyskusyjnie stosowny. Zabiegi formalne wydają się ograniczone do minimum, idealnie zestrojone z przekazem, z opowiadaną w filmie historią.

Ken Loach opowiada historię początków IRA z dystansem, wystudiowanym obiektywizmem. Ten chłód zewnętrznego obserwatora pozwala mu dotrzeć do emocji bohaterów. Nie eksponując własnych doznań, zmusza widzów do osobistych rozstrzygnięć, a przez to jeszcze głębszego przeżycia opowiadanej historii. Choć oczywiste są poglądy reżysera, ani przez chwilę nie czujemy się manipulowani, nakłaniani do przyjęcia “jedynie słusznej” interpretacji.
Zabiegi godne mistrza.

Oglądając dzieło Loacha możemy tylko żałować, że nie mamy reżysera tej klasy. Polska historia, również najnowsza, obfituje w doskonałe tematy. I to nie tylko te z Sienkiewicza wzięte…

Autor artykułu:
(jer)

Akcyzę zwrócą, jak sprawdzą

Sunday, January 21st, 2007


Trybunał nie miał wątpliwości: nałożenie podatku było niezgodne z prawem UE. Trybunał uznał, że polskie prawo dyskryminowało osoby sprowadzające używane auta.

Dopiero od 1 grudnia 2006 roku zmieniły się przepisy i akcyza nie rośnie już wraz z wiekiem auta. Nie zależy też od tego, czy sprowadzono je z zagranicy, czy kupiono w kraju. Obecnie obowiązują dwie stawki, które wynoszą:

> dla aut o pojemności silnika do 2.0 l – 3,1 proc.,
> dla aut o pojemności silnika ponad 2.0 l – 13,6 proc.

Trochę historii

Od 1 maja 2004 roku stawki takie dotyczyły tylko pojazdów rocznych i dwuletnich i rosły wraz z ich wiekiem, aż do 65 proc. Np. dla auta 3-letniego z silnikiem do 2.0 l, stawka akcyzy wynosiła 15,1 proc., dla 5-letniego – 39,1 proc., a dla 7-letniego – 63,1 proc. Skutek? Samochody sprowadzane były wyżej opodatkowane niż powtórnie sprzedawane, które wcześniej zarejestrowano w Polsce.

Co ważne dla tych, którzy tzw. “używki” (ale starsze niż 2-letnie) z Unii sprowadzali, Trybunał nie ograniczył skutków wyroku w czasie. Oznacza to, że nasze przepisy były sprzeczne z prawem Unii od wstąpienia Polski do UE, czyli od 1 maja 2004 roku, aż do ich zmiany, czyli do wspomnianego 1 grudnia 2006 roku. Podatnicy mogą więc żądać zwrotu bezprawnie pobranej w tym czasie, nadpłaconej akcyzy.

Ilu ich może być, jeszcze nie wiadomo. Na Podlasiu było ich na razie niewielu. Być może czekali na wyrok Trybunału i lawina wniosków pojawi się dopiero teraz.

Ministerstwo straszy

- Ten, kto złoży wniosek, musi się liczyć z tym, że ewentualna decyzja o zwrocie nadpłaty akcyzy zostanie wydana po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego i sprawdzeniu wszystkich niezbędnych dokumentów. Gdy ustalimy, że deklarowana cena auta była zbyt niska, trzeba liczyć się z podatkiem od właściwej ceny – mówi Maciej Fiłończuk, rzecznik prasowy Izby Celnej w Białymstoku.

Jak zapowiedziała wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska, jej resort nie boi skutków orzeczenia. – Wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nie ma charakteru egzekucji komorniczej. Nie wchodzą w grę masowe zwroty – stwierdziła.

Na razie ministerstwo zastanawia się nad formą i wielkością zwrotów, ale tylko nadpłaconej akcyzy. Prawdopodobnie podstawą opodatkowania będzie rzeczywista wartość auta, a nie ta, którą deklarował nabywca. Jeśli więc okaże się, że sprowadzony pojazd miał zaniżoną wartość, nie będzie mowy o zwrocie akcyzy. W takim przypadku bardziej prawdopodobne będzie postępowanie karne skarbowe i zapłata zaległości podatkowej z karą.

Warianty

Ten, kto sprowadził z Unii Europejskiej auto używane i opłacił akcyzę (nie zaniżając wartości auta), może ją odzyskać na kilka sposobów:

> gdy nie żądał jej zwrotu – składa do urzędu celnego wniosek o zwrot nadpłaconej akcyzy
> gdy występował o zwrot akcyzy do urzędu celnego i otrzymał decyzję odmowną, od której się nie odwołał – żąda wznowienia postępowania przed naczelnikiem urzędu celnego (musi uwzględnić wyrok Trybunału)
> gdy żądał jej zwrotu, a po odmowie odwołał się do dyrektora izby celnej, i po odmowie nie wnosił skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego lub po negatywnym wyroku nie wnosił kasacji do NSA – żąda wznowienia postępowania przed dyrektorem izby celnej (musi uwzględnić wyrok Trybunału)

Autor artykułu: Andrzej Matys